Drzewa chowają się w ziemię, coraz bardziej niepewne.  Siedzi na ławce. Ona jest obok.
Obca bardziej od drzew, które wczoraj  dawały schronienie a teraz bledną powoli.
Nie ma nic, nie istnieje ona, ławka ani park w wymiarze dotykalnym. Ich materialna postać rozpłynęła się, przeniknęła do najgłębszych warstw podświadomości. Widzi tylko samotność, która nie jest ciszą, aleję udeptaną pytaniami, jakieś ślepe zaułki.
Chwyta ją za rękę, chwilę trzyma nieruchomo, po czym kładzie z powrotem, na spróchniałej ławce. Przypomina sobie noc, antyczny stół, ją i myśli, których nie pozwoliła mu poznać.
Zamyka oczy. Wtapia się w życie sklejone ze strzępów pamięci.
Ona patrzy przed siebie, karmi gołębie. Z niezmiennym pustym uśmiechem, który być może nie ma nic wspólnego z nimi, jest tylko samoistnym następstwem życia.
Wiatr rozpyla samotność. Wdziera się między nich. Plącze pamięć z badylami drzew, ziemią, próchnem ławki. Skręca wszystko w kolejną, ulotną jednostkę codzienności.