Zobaczyłem ją w środę. Szła główną ulicą. Dzisiaj też jest środa. Niosła walizkę. Latarnie zapalały się, choć jeszcze bardzo blado. Szła przed siebie, oglądała wystawy, czasem ludzi. Zatrzymała się przed salonem meblowym. Patrzyła na kasztanowy segment, chyba z dębu i skórzane fotele, takie jak te, które kupiłem do biura. Obserwowałem ją zza kierownicy, starając się odgadnąć o czym myśli. Bezskutecznie. Kierownica i walizka wyznaczyły nasze miejsca w seansie życia.
Postawiła bagaż, przeszła w stronę zielonej kanapy, obok której ustawiono stół z mosiężnym kandelabrem. Bez świec. Pomyślałem, że jutro go kupię. Stała tak może dziesięć minut. Wydawało mi się, że wpisuje każdy mebel w kontury pamięci, tak jakby chciała stworzyć sobie dom.
Otworzyła walizkę, wyciągnęła z niej szeroki sweter, chyba męski. Była brunetką. Latarnia oświetlała mój samochód. Jej sylwetka niczym mur istniała między światłem latarni i wystawy. Zauważyłem, że na dobre się ściemniło. Ubrała sweter. Chwyciła walizkę po czym poszła dalej, tym samym miękkim krokiem, bez pośpiechu. Jechałem równolegle do niej. Pasem najbliższym chodnika. Był korek. Tym razem mnie nie wkurzał, bo mogłem ją dokładnie obserwować. Przypominała mi Alicję z obrazu Modiglianiego.
Doszła na przystanek. Wsiadła do autobusu, nie patrząc na numer. 112. Pojechałem za nią. Do dziś nie wiem dlaczego. Próbowałem chyba zabić czas. Już od bardzo dawna on zabijał mnie. Przez siedemnaście lat produkowałem dżem. Konkurencja, inflacja, kryzys rolnictwa i cztery odmowy kredytu doprowadziły mnie na skraj bankructwa. Marzyłem o ucieczce w kosmos. Miałem dość szczęścia odmierzanego słoikami, owoców wyciskanych w trybach starych maszyn, stada leni, których trzeba było ciągle pilnować, przy jednoczesnym pilnowaniu siebie by ich nie obrazić. To ja wyciskałem się najbardziej.
Autobus jechał długo, może pół godziny. Wysiadła na ostatnim przystanku. Otworzyła walizkę, wyciągnęła pęk bananów i butelkę wody. Stanąłem na poboczu. Wydawała mi się dziwnie bliska; chciałem ją poznać ale nie bardzo wiedziałem jak. Cała ta sytuacja onieśmieliła mnie. Spytałem tylko o drogę do centrum. Odjechałem. Dostosowałem się do jej wskazówek, chociaż znałem trasę krótszą i mniej skomplikowaną. Objechałem miasto kilka razy. Puste ulice. Zastanawiałem się ile mniej czasu zajęłaby mi praca w nocy. Najgorsze są noce. Odrzuciłem myśl, zdając sobie sprawę z jej absurdalności. Około piatej rano przejechałem jeszcze raz drogę na przedmieście. Nie było jej. Wróciłem do domu. Wypiłem colę i zjadłem resztki czegoś z McDonald’sa. Wszystko tak jednakowe, że przestałem czytać nazwy. Wziąłem prysznic. Myślałem o Ewie i dzieciach. Uświadomiłem sobie, że już od dawna nie wiem gdzie są. Poszedłem spać.

Zwłoki znaleziono w czwartek około dziesiątej. Leżały w rowie, przykryte gałęzią jemioły. Obok nich pusta walizka, czarny sweter.

Jestem jedynym podejrzanym.